Zaznacz stronę

Nie wiedzieć czemu, stacje radiowe UKF mają różną częstotliwość w różnych miejscach Polski, co stwarza ryzyko, iż przemieszczając się samochodem można włączyć stację, której słuchać się nie chciało. Ta sytuacja stworzyła mi – jak może stworzyć prawdopodobnie paru milionom ludzi w Polsce, którzy na co dzień takich rzeczy nie słuchają – szansę wysłuchania fragmentu audycji, na przykład wiadomości, państwowego radia.

Określenie „państwowe radio” brzmi w tym przypadku jak wściekła ironia, bo oczywiście „państwowe” to w pierwszym skojarzeniu „należące do nas wszystkich”. O tym, że państwowe radio czy telewizja do nas wszystkich nie należy, wiemy od kilku lat i  wiemy do tego stopnia, że przestaliśmy się już na to oburzać.

Taka reakcja – „zaprzestanie oburzania się” jest pierwszym krokiem do poddania się i porażki, jak wywiodę dalej bowiem, należy do większej całości konceptu propagandowego. Sama ta reakcja jest pierwszym krokiem w stronę sowietyzacji myślenia czy, jakbyśmy to nazwali z uwzględnieniem realiów dzisiejsze Polski „orbanizacji” myślenia.

No, do rzeczy: Wiadomości w państwowym radiu miały trzy główne wiadomości. Pierwsza była na temat uroczystości rocznicy D-day w Portsmouth, ale właściwie nie była na ten temat, tylko była na temat, że premier Morawiecki się z kimś tak spotkał. Wiadomość nie wspominała tym, że była tam królowa Elżbieta, Trump, Macron, a zwłaszcza Merkel, co moim zdaniem stanowi najciekawszą symbolicznie zawartość tego zdarzenia (nawiasem mówiąc, słuchałem wiadomości na ten temat w Tok Fm parę godzin później gdzie w ogóle nie wspomniano, że wśród obecnych był Morawiecki, prawdę mówiąc, nie byłem takim zredagowaniem wiadomości przez „moje” radio zbudowany, bo informacja na ten temat należy moim zdaniem do „protokołu przyzwoitości”, jeżeli mogę tak powiedzieć).

Druga informacja dotyczyła sprowadzenia do kraju mordercy-Gruzina, i zawierała fragment konferencji prasowej Ziobry, który wymieniły bodaj 10 instytucji zasłużonych dla przeprowadzenia procedury ekstradycyjnej z Ukrainą (ciekaw jestem do robi w tym zakresie 10 instytucji, czy nie powinno to być raczej zadanie rutynowe w zakresie układania stosunków prawnych z Ukrainą, z którą na pewno mamy w tej chwili na niwie prawnej bardzo wiele wspólnych spraw).

Trzecia wiadomość dotyczyła wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego i tego, że będziemy walczyli o większy udział w najbliższym budżecie Unii, a winę za to, przy proponują nam tak mało ponoszą Tusk i Bieńkowska.

Wspólną cechą tych wszystkich wiadomości jest nie to, że są one tendencyjnie zredagowane czy tendencyjnie dobrane, ale to, że wszystkie razem tworzą rzeczywistość bezalternatywną. Taką, w której nie ma innych poglądów i nie ma sporów co do tego, co jest lepsze a co gorsze.

Gdy na przykład mówią o budżecie Unii – pokazują, że Kaczyński będzie walczył, ale nie mówią, dlaczego ten budżet jest mniejszy, w tym mniejszy dla Polski (krytyka polskich władz jest tu motywem subtelnie zaszytym więc w pewnym sensie drugorzędnym). Gdy mowa o Gruzinie-mordercy – nie ma oni słowa o tym, jak wyglądają nasze stosunku prawne z Ukrainą, czy Ukraina ma obowiązek czy tylko prawo wydania przestępcy, który popełnił czyn na terytorium Polski itp. I tak dalej. Udział Merkel w uroczystościach lądowania aliantów w Normandii też wydaje się być co najmniej równorzędnie ważny, do udziału premiera polskiego rządu w tych uroczystościach.

Takie wiadomości, zwłaszcza wiadomości w radiu państwowym nie należą do sfery demokratycznego obyczaju. Oznacza to moim zdaniem, że kraju, który ma być naprawdę demokratyczny, takie wiadomości muszą być redagowane według pewnego standardu. Jeżeli na przykład dotyczą spornych poglądów – muszą obowiązkowo przytaczać pogląd przeciwny, jeżeli jest on w równym stopniu „demokratycznie” uzasadniony. Jeżeli informują o jakimś szczególnym wydarzeniu prawnym, powinny informować jakie są prawa i obowiązki polskich władz w odniesieniu do tego wydarzenia. I ta dalej. Zebrać te wszystkie zasady w abstrakcji jest dosyć trudno, natomiast w praktyce demokratycznego, czyli państwowego radia przez jakiś dłuższy okres funkcjonowania bez większych wątpliwości można by określić taki sposób tworzenia wiadomości, który uwzględnia społeczne podziały czy choćby zróżnicowanie poglądów. Ktoś, kto ogląda wiadomości w cywilizowanych stacjach typu BBC czy Tagesschau ten wie, na czym polegają te zasady. Oddzielanie informacji o faktach od poglądów, przytaczanie poglądów różnych stron – gdy wiadomość opiera się na przytoczeniu poglądu, odnoszenie wiadomości do szerszego kontekstu, który nie jest oczywisty itp. Demokratycznie redagowane wiadomości mają przede wszystkim sens edukacyjny i poznawczy, pozwalają wybierać i decydować które poglądy są mi bliższe.

W przeciwnym razie mamy sytuację taką, jaką mamy teraz w Polsce – ja naprawdę nie mam po co słuchać państwowych wiadomości i to nie dlatego, że mam jakieś poglądy tylko dlatego, że przedstawiają one nieprawdziwy obraz świata czyli – z tych wiadomości nie mam szans dowiedzieć się, choćby w przybliżeniu, jak jest.

Nie chciałbym, żeby z tej informacji wyszło na to, że jestem idiotą i zachowuję się tak, jakby nie wiedział „jak jest”. Wiem jak jest. Państwowe media zostały zawłaszczone wrednie i bez żenady przez PiS, nadają co chcą bez żadnej społecznej kontroli, z tego punktu widzenia jesteśmy ciemnym, zamordystycznym autorytarnym kraikiem, więc pisanie o BBC czy ARD ma tyle sensu, że puknij się Pan w głowę. No, jak wiem jak jest teraz.

Piszę jednak to po to, żeby się zastanowić, czy my wiemy, jak to powinno wyglądać? Czy przyzwoite czy po prostu demokratyczne funkcjonowanie państwowych mediów ma się opierać jedynie w wierze w niezależności dziennikarzy a zwłaszcza ich szefów – czy też, da się ono sparametryzować lub zarządzać na wyższym poziomie demokratycznego widzenia świata w taki sposób, by inne sposób zarządzania nimi lub redagowania był po prostu nielegalny?

Jeżeli wreszcie uda się Polską przywrócić do kręgu państw demokratycznych ( przykład Węgier wskazuje na to, że może to wprawdzie zająć kilkadziesiąt lat, lub nie nastąpić w ogóle, bo są takie państwa jak Rosja, które wcale nie zamierzają zapisywać się na listę państw demokratycznych pomimo, że mają różne pozorujące demokrację rozwiązania, jak na przykład wybory) – to czy tego rodzaju newralgiczne dziedziny funkcjonowania państwa, jak media czy sądy – da się sparametryzować i opisać w przepisach, czy też powinniśmy się pogodzić raczej z tym, że tak długo, jak obyczaj słuchania i uwzględniania zdania drugiej strony, szanowania przeciwnika i dopatrywania się racji poza własną nie wejdą nam w krew, tak długo będziemy musieli uważać, żeby nie włączyć autorytarnej stacji radiowej ukrywającej się pod firmą państwowego radia.