Zaznacz stronę

W pierwszej chwili można uznać za cokolwiek zdumiewające, że zasadniczy spór o wartości rozgrywa się na gruncie pracy. Prawo pracy, w porównaniu do wielkich konfliktów politycznych czy choćby sporów prawnych o dostęp do informacji lub o własność intelektualną, wydaje się bowiem jakby mniej ważne. To jest jednak tylko jedna strona medalu. Z drugiej bowiem strony prawo pracy jest powszechne, zrozumiałe dla wszystkich i angażuje masową wyobraźnię. Dotyczy bowiem prawie każdego.

Sprawa López Ribalda, którą Europejski Trybunał Praw Człowieka rozpoznał w dwóch instancjach, jest par excellance sprawą o wartości podstawowe. Trybunał to uwzględnia i w sposób – jak sądzę – świadomy, stosuje tu wyrafinowaną strategię polegającą na tym, że po wydaniu wyroku w pierwszej instancji wsłuchuje się w dyskusję publiczną i reakcje różnych środowisk. Dopiero następnie, czyli np. po półtora roku, wydaje wyrok rewanżowy. Tym razem w składzie Wielkiej Izby.

Tak było i tym razem.

W pierwszej instancji, jeszcze w styczniu 2018 r., Trybunał wydał wyrok, którego przesłaniem była teza, iż prywatność jest wartością w relacjach pracowniczych najwyższą. Wyższą niż uczciwość i przyzwoitość.

Pisałem o tym wyroku z pewnym, trudnym do ukrycia, oburzeniem. Wyrok zapadł większością sześciu głosów do jednego. Tym jednym głosem był sędzia z Ukrainy. Pozwoliło mi to na tezę, że poglądy tego prawnika są mi kulturowo bliższe niż uskrajnione w swoim dobro-czynieniu-światu poglądy sędziów z najbardziej tradycyjnych krajów tworzących cywilizację Zachodu.

Nie chcę nadmiernie rozpisywać się na temat stanu faktycznego, więc powiem w największym możliwym uproszczeniu, o co chodziło w sprawie. Powodem były kasjerki zwolnione z supermarketu w Hiszpanii. Zostały zwolnione, ponieważ kradły pieniądze z kasy. Kradzież uwieczniły kamery. Problem prawny polegał na tym, że choć większość kamer była jawna, a kasjerki o nich wiedziały, to część z nich była niejawna i ukryta.

Niektóre z kasjerek nadużyły lojalności także w inny sposób. Zawarły z pracodawcą ugodę, rezygnując ze skargi na zwolnienie z pracy w zamian za niewszczynanie postępowania karnego, po czym i tak wniosły skargę.

Trybunał 9 stycznia 2018 r. (skarga nr 1874/13) stanął na stanowisku, że doszło w tym przypadku do naruszenia art. 8 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka – tj. prawa do poszanowania życia prywatnego i rodzinnego. Wyrok w moim przekonaniu świadczył o tym, jak bardzo prawnicze myślenie wyrafinowanych sędziów Trybunału oderwało się od pewnych pryncypiów poczucia sprawiedliwości. Kasjerki wiedziały bowiem, że mogą być monitorowane, ponieważ sklep miał podejrzenia co do kradzieży – pieniądze zwyczajnie ginęły. Mimo to nie przestały kraść. Zostały zwolnione. Podstawą ich skargi było to, że pracodawca nie o wszystkich kamerach kasjerki poinformował – i w tym była jego bardzo wielka wina. To, że pracownice w powtarzalny sposób i z premedytacją kradły pieniądze z kasy, miało w rozumieniu Trybunału mniejsze znaczenie niż ideowa wartość poinformowania pracownika, że jest pilnowany, żeby nie kradł.

Trybunał użył w uzasadnieniu jeszcze innego, dwuznacznego argumentu. Stwierdził bowiem, że w celu zapobieżenia kradzieżom można było użyć mniej inwazyjnego środka. Nie napisał jednak, jakiego.

Wielka Izba  Europejskiego Trybunału Praw Człowieka 17 października 2019 r. zmieniła ten wyrok i orzekła, że nie doszło do naruszenia prywatności ze strony Hiszpanii i sądów hiszpańskich.

Dla postronnego obserwatora rzeczą niezmiernie interesującą jest to, że liczący kilkadziesiąt stron wnikliwych wywodów wyrok można sprowadzić do kilku zdań opisujących podstawowe wartości, do których tym razem odwołał się Trybunał.

Mam wrażenie, że w całym tym długim uzasadnieniu i tak brakuje tezy podstawowej. Prawnikom europejskim łatwiej bowiem odwoływać się do wartości awangardowych niż do wartości podstawowych. Tak, jakby bycie w awangardzie było obowiązkiem. Kto wie, może tak właśnie powinno być – sądy niekoniecznie muszą wyrażać zdanie politycznej czy statystycznej większości, ale mają wszelkie powody widzieć swoją misję w poprawianiu świata. Jest to jednak subtelne zajęcie i łatwo w tej roli popełnić błąd.

Gdyby Trybunał miał napisać najbardziej oczywiste uzasadnienie wyroku z 17 października br., musiałoby ono brzmieć: W ochronie prywatności są granice. Prywatność nie jest wartością bezwzględną i nadrzędną. Finansowy interes pracodawcy zapewne zasługuje na ochronę, ale może jeszcze bardziej na ochronę zasługuje moralność, z którą sprzeciw wobec kradzieży jest skojarzony. Nikt nie chce być okradany. Ochrona mienia jest także wartością podstawową, która nie może zostać wyparta ani uchylona przez wartości, których istnienie przyznaliśmy stosunkowo niedawno.

Trybunał stwierdził w szczególności, że sądy hiszpańskie starannie wyważyły prawa stron. Kluczowym argumentem wysuniętym przez powodów było to, że nie otrzymali uprzedniego powiadomienia o nadzór, mimo takiego wymogu prawnego. Trybunał stwierdził jednak, że jasne było uzasadnienie stosowania takiego środka ze względu na uzasadnione podejrzenie poważnych nadużyć uchybienia i związane z tym straty, biorąc pod uwagę zakres i konsekwencje środka. Sądy krajowe – których orzeczenia podlegają ocenie Trybunału – nie przekroczyły swoich uprawnień dyskrecjonalnych przy ustalaniu, że monitorowanie jest proporcjonalne i zgodne z prawem.

Zapewne mamy do czynienia jedynie z pewnym etapem zasadniczego sporu. Nie waham się jednak powiedzieć, że na tym etapie zdrowemu rozsądkowi udało się zwyciężyć.