Zaznacz stronę

Wszystkie polskie kluby odpadły z europejskich pucharów zanim tak naprawdę te puchary się zaczęły. Sytuacja taka powtarza się z grubsza co rok, w każdym razie trudno byłoby mówić o jakimikolwiek postępie, raczej, o ile to możliwe, o cofaniu się. Lepszy coeffcient od nas w europejskich pucharach mają kraje naprawdę nieduże, nie tylko kraje o przyzwoitych tradycjach piłkarskich, jak Austria czy Czechy. Od czasu do czasu każdy średniej wielkości kraj, typu Białoruś, wprowadza drużynę do Ligi Mistrzów (raczej wprowadzał, według poprzednio obowiązujących reguł, teraz już raczej wprowadzać nie będzie). Nie ma co się znęcać nad opisem stanu faktycznego. Jesteśmy beznadziejni.

To osobisty wtręt. Całe życie pisałem o piłce i zajmowałem się piłką. Pamiętam, jak 10 lat temu jakieś uczestniczyłem w telewizyjnej dyskusji z Rafałem Chwedorukiem, socjologiem. Jako naiwny, by nie powiedzieć nawiedzony entuzjasta głosiłem wówczas pogląd, że wystarczy w Polsce zbudować nowe stadiony a ludzie zaczną chodzić na mecze, futbol dostanie impuls i się rozwinie. Uzasadnienie mojej tezy było mianowicie takie – że taka jest ścieżka rozwoju społeczeństw w tej szerokości geograficznej i nie wiadomo dlaczego Polska miałaby iść inną drogą. Chwedoruk twierdził, że nic takiego nie nastąpi, ponieważ kulturowo jest to nam obca rozrywka, czyli ani stadiony się nie zapełnią ani piłkarze nie zaczną grać.

Dzisiaj oczywiście wiemy, kto miał rację. Nie ma żadnych przesłanek żeby twierdzić, że – oprócz zbudowania nowych, dobrych stadionów – cokolwiek się w polskim futbolu zmieniło. Kryzys jest na tyle głęboki, iż widać, że nie jest to kwestia jednego czy drugiego klubu. Futbol klubowy może iść do góry albo dołować tylko jako całość. Przykładem wspólnego wzrostu są kluby angielskie, przykładem z drugiej strony są cokolwiek beznadziejne starania PSG, prawdopodobnie najbogatszego klubu na świecie, bo choć liga francuska należy do pięciu najlepszych lig w Europie, to i tak jest za słaba, by wykreować choćby jedną drużyną topową w skali europejskiej. Tak to działa, zarówno z przyczyn sportowych, to znaczy trzeba stale grać z równymi sobie, jak i ze sportowych, bo liga złożona z wielu bardzo dobrych drużyn po prostu więcej zarabia, i już.

Sądzę zatem, że przyczyny naszej beznadziei są głębsze, są to przyczyny socjokulturowe, które tak naprawdę są świadectwem naszego zapóźnienia i jednocześnie potwierdzają, że nasze samozadowolenie z powodu posiadania 25 milionów samochodów nie oznacza, niestety, że przeszliśmy do innej grupy państw pod względem cywilizacyjnym.

Klubowa piłka nożna, która jest – jak bodaj żadna inna dziedzina życia – zaangażowana w całkowicie otwartą konkurencję z innymi krajami. Konkurencja ta jest otwarta pod względem samej konfrontacji sportowej – wszyscy grają ze wszystkimi, jak też pod względem przepływu zawodników, trenerów, know-how’u organizacyjnego i sportowego i tak dalej.

To dlatego nasza pozycja i nasza rola w klubowej piłce jest tak przygnębiająca, ponieważ, prawdopodobnie, mówi ona, gdzie tak naprawdę jesteśmy – pod względem umiejętności organizowania ludzkiej pracy – na tle innych państw współczesnej Europy.

Samochodów ani rakiet nie produkujemy, pod względem rozwoju nowoczesnych produktów technologicznych nie ma nas w żadnej konkurencji. Konkurencja produktowa jest zresztą umowna, każdy kraj produkuje parę rzeczy na światowym poziomie.  Natomiast jeżeli chodzi o różnego rodzaju standardowe instytucje stanowiące świadectwo zdolności organizacyjnych i poziomu cywilizacyjnego mam poważne podejrzenie, że jesteśmy na poziomie polskich klubów piłkarskich. To znaczy – polskie sądy, polskie koleje, polska służba zdrowia, polska policja, polski sposób używania kierunkowskazu przez kierowców i polska telewizja publiczna – wszystkie one są tak samo dobre, jak polskie kluby piłkarskie. Mamy na przykład najniższą frekwencję wyborczą w Europie, chyba nawet nie w Unii, ale w Europie. Tacy jesteśmy. W takim  miejscu jesteśmy. I jeszcze milion innych rzeczy, które każdy sobie może tu dopisać, bo przecież wiemy, jak jest. Z tą tylko różnicą, że sądy, koleje, policja, służba zdrowia, kierowcy i telewizja nie uczestniczą w ogólnoeuropejskich rozgrywkach. Albowiem żadna dziedzina życia, która jest emanacją funkcjonowania społeczeństwa nie jest i nie może być wiele lepsza od pozostałych.

Nieszczęście futbolu polega na tym, że się nieustannie porównuje, zaś szpitale i sądy porównują się wybiórczo, w naszych głowach, i tylko w głowach tych, którzy widzieli, jak działają szpitale czy sądy w Niemczech lub Czechach.

Jest to, przyznaję, wniosek przygnębiający jak mało który. Ja jednak wolę w miarę realistyczną ocenę świata, niż tępe samozadowolenie, zwłaszcza, gdy wynika ono z unijnych dotacji i uruchomienia prostych mechanizmów indywidualnego bogacenia się. Mnie jednak wychodzi na to: nie czepiajmy się piłki nożnej (klubowej), bo ona należy do większej całości tylko jest zmuszona stawiać czoła wyzwaniom, których cała reszta sprytnie unika.