Publikacje

Pracownicy uczeni przez system społecznej nieodpowiedzialności

Sądy pracy faworyzują pracowników - przekona się o tym każdy pracodawca, który tam trafi. Już na wstępie pracownik dostaje od sądu kredyt zaufania za sam fakt bycia pracownikiem. Wyraża się to czasem innym podejściem sądu do błędów proceduralnych, czasem sposobem zadawania pytań a czasem po prostu zwykłą agresją i obrażaniem pracodowcy czy jego przedstawicieli.

Właściwie przyjęliśmy wszyscy traktować tę sytuację, jako normalną. Ale, moim zdaniem, nie jest ona normalna.

Po pierwsze i nade wszystko – podważa ona oczekiwany od sądu standard obiektywności. Preferencja owszem – może być pracownikowi udzielona, ale w zakresie przepisów i przyjętych rozwiązań, w tym zwłaszcza przez system sensownych domniemań. Sąd natomiast musi być obiektywny, gdyż każda jego nieobiektywność podważa wiarygodność i to nawet w oczach tych, którzy z tej nieobiektywności korzystają. Kto wie, na ile niski autorytet sądów nie wynika właśnie z tej natrętnej niekiedy potrzeby „uzdrawiania” społecznej dysproporcji między pozycją pracodawcy i pracownika.

Po drugie z pracowników zdejmuje część odpowiedzialności za własne sprawy. Od systemu pierwszą zachętę do pozywania pracodawcy otrzymują oni w postaci zwolnienia od kosztów. To co do zasady, stary komunistyczny sposób zwalniania od odpowiedzialności, takie mrugnięcie okiem ze strony państwa. Należy je tłumaczyć tak: nie stać nas na to, żeby przyzwoicie cię chronić, pracowniku - przez przepisy, ich egzekucję, inspekcję pracy, kształtowanie obyczaju. Więc skoro nas na to nie stać, pozwij sobie pracowniku pracodawcę za darmochę, czyli na koszt nas wszystkich.

O ile samo podjęcie akcji procesowej mogłoby być jeszcze zwolnione z kosztów, zwłaszcza przy pewnym (ale nie każdym) poziomie dochodów, to nie ma żadnego racjonalnego uzasadnienia, aby pracownika zwalniać od kosztów spraw przegranych, a zwłaszcza tych bezsensownie wnoszonych. Obecny system, który z całą pewnością bardzo znacząco podwyższa liczbę spraw wpływających do sądów pracy, nie tylko kreuje ogólne, społecznie opłacane koszty, ale też odciąga uwagę sądów od spraw naprawdę istotnych. Taki system jest niczym innym jak tylko nauką społecznej nieodpowiedzialności. To podejście, które niestety w jakiejś mierze tkwi jako założenie całego systemu prawa pracy. Zgodnie z nim pracownik jest nieudaczny, nierozumny, nieświadomy i zopresjonowany – jest w gruncie rzeczy dużym dzieckiem, którego rozwój umysłowy zatrzymał się w momencie podpisania umowy o pracę.

Dobrze, czasem rzeczywiście tak jest. Ale co innego uwzględniać defensywną sytuację pracownika w rozwiązaniach systemowych, a co innego wpisywać ją jako niepisany standard funkcjonowania sądów

Rzecz interesująca - takie podejście jest o wiele powszechniejsze w sądach niższych instancji. Sąd Najwyższy na ogół nie ma tendencji do wybaczania pracownikom wszystkich błędów. Można odnieść wrażenie, że Sąd Najwyższy kładzie tamę głównie niektórym wyuzdanym roszczeniom zatrudnionych, opierającym się na założeniu, że pracodawca odpowiada za wszystko, a pracownik – za nic.

Oczywiście, sensowna ocena „tonu” całego orzecznictwa Sądu Najwyższego w sprawach pracowniczych jest bardzo trudna, ponieważ nie bardzo wiadomo, do czego ją porównać. Nie mniej jednak widoczna jest tendencja do poszukiwania konkretnych rozwiązań systemowych, czyli takich, które stanowiłyby klucz interpretacyjny do wielu sytuacji i jednocześnie nie zmuszały do poszukiwania „słuszności” - w miejsce rozwiązań prawnych.

Wśród takich zasad systemowych tylko przykładowo wymienić można konsensualne traktowanie stosunków pracy, restryktywne odnoszenie się do przesłanek dyskryminacji czy mobbingu, konserwatywne podejście do skutków przejścia zakładu pracy czy całe orzecznictwo zmuszające pracodawców do uzasadniania decyzji o rozwiązaniu umowy o pracę. Koniec końców, w większości przypadków jest to orzecznictwo propracownicze, ale nie opiera się ono na założeniu, jak to ma miejsce w sądach powszechnych, że pracodawca kłamie i wymusił na pracowniku określone zachowania, zaś pracownik nie wiedział, co robi. Sąd Najwyższy korzysta tu zresztą z komfortu, że nie zajmuje się stanem faktycznym od czego jest ustawowo zwolniony.

Wyznaczenie uniwersalnej zasady, według której powinna być dokonywana obiektywizacja stosunków pracowniczych, gdy trafią już one do sądu, nie jest oczywiście możliwe. Natomiast na pewno fundamentem przyzwoitego, porządnego działania sądów jest wysłuchanie argumentów obu stron postępowania z jednakowym zrozumieniem i zastosowanie do nich tej samej miary oceny. Czyli oddzielenie faktów od ich oceny, bez przyjmowania uprzedzających założeń.

Nikt, kto postrzega świat z elementarną wrażliwością społeczną, nie będzie w stanie zaprzeczyć, że Polska jest wciąż krajem kapitalizmu dość dzikiego, a zasady społecznej odpowiedzialności biznesu recypowały głównie duże i bogatsze firmy. Dodajmy – żeby uniknąć podejrzenia o fałszywą poprawność polityczną – wyższy, odpowiedzialny społecznie standard relacji pracowniczych jest domeną przede wszystkim firm, które ten standard przywiozły z zagranicy.

Naturalne jest więc, że taka sytuacja wyzwala odruch solidarności i wsparcia także w sędziach sądów pracy. Obawiam się jednak, że nieobiektywność sądów w ocenie relacji pracowniczych nie jest niczym innym jak tylko leczeniem choroby chorobą. Wskutek czego mamy dwie choroby i nie wiadomo tylko, która gorsza.

  • Wydawnictwo
  • "Rzeczpospolita" z dnia 2 czerwca 2016 roku (dodatek: Praca i ZUS)
 Do góry