Zaznacz stronę

W mojej świadomości takie zjawiska zawsze nazywało się epidemią, okazało się potem, że potrzeba było bardziej ścisłych definicji, stąd wzięła się pandemia. No, ok. niech będzie pandemia.

Nasza zbiorowa demoralizacja

Zraza jako zjawisko towarzyszyła ludzkości od tysiącleci, co najwyżej przez ostatnich 75 lat po wojnie bardzo się od tego odzwyczailiśmy. W ogóle odzwyczailiśmy się od nieszczęścia. Prowadzimy życie – jako zbiorowość europejska – dobre, bezpieczne i często dostatnie. Nie jesteśmy w najmniejszym stopniu przygotowani na to, co było zwykłym losem wielu poprzednich pokoleń.

Ponieważ zamierzam tu opisać życie w świecie zmienionym przez pandemię, muszę na wstępie zgłosić zastrzeżenie, że myślę tak jak myślę, co najwyżej mógłbym tych myśli nie rozgłaszać. W kontekście wydarzeń o charakterze nieszczęścia w naszej cywilizacji zachodzi wątpliwość, czy na taki temat można się względnie swobodnie wypowiadać tak, żeby nikogo nie urazić. Właściwie to nie wiem. Wydaje mi się, że to, z czym mamy do czynienia dzisiaj, czyli w dniu 20 marca niekoniecznie ma charakter nieszczęścia. Liczba osób chorych czy zmarłych jest niezwykle mała z czysto statystycznego punktu widzenia.

Mamy więc raczej do czynienia ze strachem o własne życie, niepewnością o to, co będzie „w ogóle”.

Mnie chodzi bardziej o nasze życie codzienne. Nie ulega wątpliwości, że w większości przypadków, przynajmniej z perspektywy Warszawy, życie to bardzo i pod każdym względem się zmieniło.

Prawdę mówiąc, w swoim podstawowym planie ten świat mi się po prostu podoba. Świat w którym jest mniej ludzi, mniej pogoni, mniej rozmów, mniej nerwicy. Mniej wszystkiego.

Niech będzie, to jest egoistyczna refleksja, zdaje mi się, że jest nas po prostu za dużo i przez to, że jest nas tak dużo, nasze życie jest trudniejsze.

Nie jest to teza nadzwyczaj filozoficzna ani odkrywcza. To, że jest nas dużo – zarówno w sensie czysto fizycznym, to znaczy na ulicy, w sklepie, w biurze jak w i w sensie bardziej metaforycznym – w sensie ubiegania się o to samo miejsce na ziemie, to samo dobro, tego samego partnera – taką sytuację traktujemy jako konieczność.

Perwersyjny urok sytuacji

Zaraza odkrywa urok sytuacji, w której jest nas po prostu znacznie mniej. Samochodem – podobnie, gdy zaczynają się wakacje, daje się wszędzie bez problemu dojechać w czasie związanym tylko z jechaniem i światłami. Do sklepów, nawet tych, które są otwarte, też niespecjalnie ludzie chodzą. Boją się. (Pewnie dobrze, że się boją, choć moim zdaniem zaraza jest w tej chwili  w takiej fazie, że trzeba mieć sporego pecha, by dać się zarazić.)

Co więcej, ten świat z czasów zarazy wydaje mi się od strony duchowej, psychicznej po prostu przyjaźniejszy, łagodniejszy, pewnie też dlatego, że ludzie patrzą jedni na drugich, jako na potencjalne ofiary tego samego, więc znajdują dla tych innych jakby więcej zrozumienia i sympatii, tak jak zwykle znajdujemy go więcej dla ludzie dotkniętych nieszczęściem na mocy zwykłego współczucia.

Jeżeli tak jest, to znaczy jeżeli nie tylko ja tak uważam – ciekaw jestem, czy coś z tego naszego obecnego świata uda się przetransportować do tego prawdziwego świata, który prawdopodobnie kiedyś nastąpi.

Z naciskiem na „prawdopodobnie” i „kiedyś”.

Tacy pseudo-profeci, jak ja uwielbiają frazę „że nic już nie będzie takie, jak dawniej”. O ile pamiętam takiej frazy używano u nas w związku ze śmiercią Papieża, a przedtem w związku z 11 września. Nie jestem pewien, czy to się sprawdziło. Wydaje mi się, że – przynajmniej w tej naszej kulturze zachodniej – te koleiny życia codziennego są tak potwornie uformowane, że nie bardzo wiadomo, co miałoby je wzruszyć.

Jeżeli następuje jakaś zamiana w wyniku której nic nie będzie takiej jak dawniej, to zapewne, może być ona produktem indywidualnego mózgu. Oczywiście jeżeli mózgów z taką konkluzją będzie odpowiednio dużo, wówczas ta koleina się ruszy. Zapewne, nie zdarzy się to w sposób spektakularny, na czym zresztą polega charakter i znaczenie tej to koleiny. Bo przecież koniec końców nawet to codzienne życie dla wielu ludzi zmieniło się w ciągu ostatnich dwudziestu czy trzydziestu lat, niezależnie od indywidualnych zmian o charakterze biologicznym.

Oczywiście, na wszelki wypadek trzeba wziąć pod uwagę totalną zagładę ludzkości wskutek wirusa. Niespecjalnie w to wierzę, przynajmniej w przypadku tego wirusa. Ale przecież całe to zjawisko mówi również tyle, że zaraz może być następny, dużo groźniejszy wirus i on, ten następny, to już naprawdę nas wykończy.

Powtarzalna koncepcja zagłady ludzkości

Jako dziecko silnie rozważałem koncepcję, że nasza Ziemia wpakuje się w jakąś inną ziemię i wszystkie nasz tandetne zabiegi związane z myciem zębów i wynoszeniem śmieci zakończą się w jednej sekundzie. Równolegle w szkole mniej lub bardziej straszono nas perspektywą wojny atomowej, w którą od pewnego momentu nikt już nie wierzył. Teraz widać, że nasze własne subprodukty cywilizacji stwarzają większą perspektywę wykończenia nas, niż zjawiska kosmiczne.

Koronawirus przynajmniej uprawdopodabnia możliwą zagładę ludzkości nie w wyniku wojny atomowej czy walnięcia meteorytu, lecz w wyniku naszych własnych produktów, powstających wskutek czynienia sobie ziemi poddaną.

Czy życie ze świadomością, że rozjuszona naszym panoszeniem się natura nie zrzuci na nas kolejnych wirusów żeby nas błyskawicznie wykończyć – naprawdę nie skłoni nas do refleksji nad sensem naszego istnienia na Ziemi?

A jeżeli skłoni – to co z tą refleksją zrobimy, gdy znów wszystko wyda się nam normalne?

Być może, dzisiejsze zarazie, która z perspektywy cywilizacji może się okazać drugorzędnym incydentem – powinniśmy zawdzięczać gruntowne przemyślenie sensu naszego istnienia. Rzadko co nas to tego przymusza.