Zaznacz stronę

Wysłuchałem telewizyjnego wystąpienia Angeli Merkel na okoliczność zarazy, wysłuchałem zresztą po niemiecku, zrozumiałem pewnie 80 proc. co moim zdaniem samo w sobie świadczy o tym, że było napisane i powiedziane tak, żeby w miarę możliwości wszyscy zrozumieli.

Czy my jesteśmy gorsi (i dlaczego)?

I pomyślałem sobie – dlaczego do nas, Polaków, nikt tak nie potrafi mówić? Czy my może nie chcemy, żeby tak z nami rozmawiano? Czy uważamy, że politycy z definicji oszukują i kłamią i na emocjonalną prawdę nie ma u nich miejsca, bo skoro i tak nas oszukują to przynajmniej niech nas nie oszukują przez wmawianie nam, że nas rozumieją, bo takie oszukiwanie jest bardziej bolesne?

Polityka jest oczywiście sztuką twardzielstwa. Jak ktoś się wczyta w życiorys Angeli to znajdzie tam także fragmenty świadczące o niezwykłej przebiegłości czy wręcz bezwzględności. Ale złożoność roboty polityka na tym właśnie polega, że musi mieć i to i to. Prawdziwy demokratyczny polityk, takie skali jak Blair, Obama czy Merkel dlatego dociera do ludzi i wygrywa wybory, ponieważ potrafi przeżywać i opisywać świat tym samym językiem i tą samą barwą, którą myślą jego wyborcy, tylko że on to potrafi powiedzieć, co oni myślą, ale powiedzieć nie potrafią albo się boją.

Pytanie więc jest o wyborców, to wyborcy określają, jakiego polityka wybierają i jaki jego język emocji do nich trafia. Więc, pomyślałem sobie, skoro my – nie my jako Michały Tomczaki tylko my, jako większość Polaków wybieramy sobie zapluwających się w nienawiści cwaniaków albo introwertycznych technokratów, to prawdopodobnie tego (w większości) potrzebujemy, i język Angeli nie jest nam do niczego potrzebny. (Jak premier Morawiecki mówi coś „od siebie” to jest to tak rażące, że lepiej, żeby już tego nie mówił, bo widać, jak tym ciepłym podejściem do ludzi potwornie się męczy, jest mi go wtedy po prostu szkoda.)

Jak córka pastora

Angelę znamy od lat. Jest doniosłym, historycznym przywódcą, to wiadomo już teraz. Angela wygląda na córkę pastora. I wygląda na doktora fizyki. Nie jest naturalnym wulkanem emocji. Tak się jednak składa, że w największych, najważniejszych krajach Europy przywódcami zostają zazwyczaj bardzo mądrzy ludzie. Mądrzy we wszechstronnym znaczeniu słowa, także w sensie barwy języka i przeżywanych emocji.

Angela potrafi prosić swoich rodaków, żeby dzwonili do najbliższych, do dziadków, żeby nie ich nie zostawiać samych sobie. Połączyć się na skypie, rozmawiać, wysłać podkast, napisać list. Angela dziękuję ludziom pracującym na kasach i w sklepach, bo przecież są oni na pierwszej linii walki i mało kto ich docenia.

Przywódca naprawdę doniosły, człowiek naprawdę doniosły nie boi się mówić od siebie, nawet jeżeli sam przemówień nie pisze. Ludzie uwikłani, niepewni swojej roli, zamknięci nie są w stanie odwoływać się do swoich emocji, nie wiedzą, co im wolno, ponieważ nigdy nie uzyskali demokratycznego przyzwolenia na to, kim naprawdę są. Często zresztą, jak sądzę, po prostu ich duchowość nie jest pełna, jest ograniczona udziałem w politycznych grach i przetasowaniach, w trakcie których oduczyli się mówić to, co uważają, nawet jeśli kiedyś potrafili.

W Polsce polityka nie jest i rzadko przez ostatnich 30 lat była w tym samym sensie demokratyczna, w jakim demokratyczna jest w Niemczej i dlatego często nie wynosiła na najważniejsze urzędy najzupełniej wiarygodnych i doniosłych ludzi. Sama struktura naszego systemu pozwala na to, co jest w Niemczech, Francji czy Wielkiej Brytanii nie do wyobrażenia, a mianowicie że najważniejszy polityk nie pełni najważniejszego urzędu. Już to samo w sobie jest rozwiązaniem głęboko niedemokratycznym, a mimo to – na takie rozwiązanie pozwalamy.

Jeszcze więcej niejasności wprowadza urząd prezydenta, które znaczenie zależy od fazy politycznej, czyli nie daje żadnej stabilnej mocy. Teoretycznie urząd głowy państwa, w praktyce, od czasów Kwaśniewskiego, który zresztą w pewnym sensie był na urząd prezydenta za dobry, czyli się cokolwiek marnował, czyli przez 15 lat pozwalamy na wybieranie na ten urząd postaci drugorzędnych, będących pomagierami najważniejszych. Czyli w wielu przypadkach, po prostu nawet nie wiemy, kto jest tym przywódcą, takim który w tych najistotniejszych momentach powinien nas do czegokolwiek przekonywać.

Sądzę, naprawdę sądzę, że takim ostatnim takim przywódcą, który nie chciał oszukiwać demokracji i samego siebie, by Donald Tusk, choć też nie jestem pewien, czy wykorzystał swoją moc, żeby nas zmieniać. Tusk mówił, mówi moim językiem, moimi emocjami. Mówił sobą i mówią mną zarazem. Wierzyłem mu i wierzę. Jak Kuroniowi czy Mazowieckiemu.

Drętwy, sztuczny, oszukany

To widać lepiej w czasach zarazy. Andrzej Duda, czy też cały PiS w ubolewania godny sposób usiłują wykorzystać sytuację i publicznie wyeksponowaną rolę władzy publicznej – po to, żeby wygrać wybory. To co Duda mówi, te jego pseudo rozumiejące rozmowy z ludźmi w warunkach strachu i niepewności, ujawniają  bardziej niż cokolwiek dotąd jego drętwość, dojmującą sztuczność, banalność, za którą jest wstyd już choćby tym, którzy muszą na to patrzeć (Tak jak w szkole wstyd mi było za tych, którzy stali przy tablicy i mylili Austrię z Australią.).  

Można tu oczywiście zadać tu pytanie cokolwiek głupie, czy taki Duda naprawdę jest czyimkolwiek przywódcą, czy ktokolwiek go za takiego uważa, czy ktokolwiek ma ochotę słuchać tego, co ma on do powiedzenia na temat wirusa? No, nie jest, to po cholerę mamy w takim razie prezydenta?

Nie wiem do końca, jak jest w Niemczech, ale mam wrażenie, że takiego przywódcy jak Angela w takich czasach z przekonaniem słuchają nawet ci, którzy politycznie nie są jej zwolennikami. Na tym polega autorytet demokratycznego przywódcy, że pewien poziom akceptacji, tak niezbędny w trudnych czasach, otrzymuje on od wszystkich, po prostu wszystkich, w interesie i na rzecz których rządzi.

Jak powiedziała Angela, jesteśmy demokracją, która bierze się nie z przymusu, lecz dla wymiany doświadczeń i dla współuczestnictwa. Ja bym dodał do tego – demokracja bierze się z wiary w sens tego systemu, czyli także z wiary w przywódców, których się nie wybierało, bo nie sposób zakładać, że będą nami rządzili zawsze tylko ci, na których głosowaliśmy.