Zaznacz stronę

Obciążony dziedzicznie wszystkimi możliwymi idiosynkrazjami w odniesieniu do Niemcach po dziesiątkach lat poszukiwania zrozumienia sytuacji doszedłem na stare lata do przekonania, że najlepszą rzeczą, jaką byśmy jako naród mogli zrobić, to brać przykład z Niemców.

Ta sytuacja klasycznie z punktu widzenia historycznie zorientowanego Polaka wymagała zintegrowania obrazu rzeczywiście istniejącego społeczeństwa niemieckiego (lub raczej zachodnioniemieckiego) z zalegającym w głowie przeświadczeniem, że „Niemcy zawsze będą Niemcami”.

Mój odkrywczy wniosek bardzo nie spodobałby się moim nieżyjącym rodzicom, a już zwłaszcza dziadkom, nie spodobałby się zresztą także i mnie samemu, temu sprzed 40 lat. Wszystkie te obciążenia budowane były w nas przez setki lat, więc sam się sobie nie dziwię, że ich zczyszczenie z kory mózgowej trwa latami.

Nawiasem mówiąc, co prawda postrzeganie Niemców jako zagrożenia jest sprawą wielowiekową (wielkim moim odkryciem dość późnego wieku było znalezisko, że Krzyżacy nie byli z definicji Niemcami, bo dla mnie to właściwie było to samo), to sądzę, że druga wojna nie jest żadnym logicznym zwieńczeniem historii stosunków polsko-niemieckich, lecz raczej pewnym wyłomem w tej historii. Niemcy w zdecydowanej większości przypadków owszem, mieli na celu germanizację i panowanie na Polakami, ale nie mieli na celu ich wyrżnięcia lub zdegradowania. Żaden z naszych drapieżnych wielkich sąsiadów nie traktował nas dobrze, ale koniec końców to co robili z nami Niemcy aż do czasów Hitlera miało najwięcej sensu.

Tu przychodzi mi kolejne dokonane na własną rękę odkrycie o znaczeniu przełomu (czyli zdemaskowania tendencyjnych klisz historycznych którymi się posługujemy), a mianowicie że historyczne dokonanie Michała Drzymały wynikało z respektowania przepisów niemieckich, bo Niemcy wprawdzie nie dawali pozwolenia na budowę domu, ale sąd uznał, że wóz nie jest nieruchomością i pozwolił na jego używanie. Drzymała więc był wielkim spryciarzem, co jest niemal tożsame, z byciem Polakiem, ale jest spryt był możliwy tylko w kontekście praworządnego funkcjonowania organów państwa niemieckiego.

Tacy Rosjanie, jak mniemam, gdyby wydali taki przepis, że budować Polakom nie wolno i gdy oczywiście nikt nie obłatwił za pośrednictwem łapówki, wysłali by na Drzymałę ochranę, czeka albo NKWD i by go puścili z dymem razem z jego wozem. Może też był został bohaterem, ale bardziej jak Ordon (w którego losach też objawia się perwersja narodu, do którego należę, ponieważ pomimo że był bohaterem bardzo dobrego wiersza na użytek którego musiał zginąć – Mickiewicz pisał hollywoodzkie scenariusze w czasach, w Hollywood mieszkali jeszcze Indianie, ale przecież się odnalazł i żył długo i szczęśliwie, ale to inna historia).

Niemcy są najbardziej demokratycznym, najsensowniejszym, najbardziej postępowym narodem na świecie, taka jest moja teza. Przy czym, z punktu widzenia naszej klasycznej, zaściankowej konserwy Niemcy są narodem wręcz lewicowym (bo okazuje się, że postępowość i rozumienie świata zawsze idzie w parze z „lewicowością”) To są bardzo subiektywne opinie oczywiście, ale tak właśnie uważam, uważam zresztą tak od niedawna, to znaczy od kilku miesięcy, od czasu kiedy oglądam program telewizji niemieckiej ARD Tagesschau i jednocześnie, nie wiedzieć czemu i bez związku, czytam po raz trzeci albo czwarty „Czarodziejską górę”.

Dla mojej wiedzy o współczesnych Niemcach oczywiście więcej wynika z Tagesschau czyli takich niemieckich wiadomości TVP niż z „Czarodziejskiej góry”, choć „Czarodziejskiej góry” bym nie lekceważył (wbrew pozorom jest to książka o Niemcach w dużej mierze, nie zaś o Szwajcarii czy o Settembrinim).

Oczywiście, nie mogę przyjmować założenia, że wiadomości telewizji państwowej stanowią probierz cywilizacyjnego standardu poszczególnego narodu, gdyby tak bowiem było, to bym się bezzwłocznie powiesił, jako przedstawiciel narodu, którego z powodu poziomu wiadomości w telewizji państwowej wymazano za karę z mapy świata – to zjawisko, czym jest obecna telewizja polska uważam jednak za przejściowe. Uważam, że w dużej mierze, w rankingu narodów cywilizowanych, tak właśnie jest: to o czym się mówi, jak się mówi, jaki jest temat i poziom dyskusji, tak zwana agenda i tak dalej – to wszystko stanowi wyraz duchowości i cywilizacyjnego umiejscawiania poszczególnego narodu. Oczywiście, ktoś powie nie bez racji, że poziom telewizji państwowej, na przykład BBC, jest przede wszystkim informacją na temat standardu elity, ale przecież oto właśnie chodzi, że to elity przesądzają o tym, jak funkcjonują poszczególne narody od strony podstawowych standardów demokratycznych i intelektualnych zarazem.

Elity, które zarazem muszą uwzględniać prawa rynku i być zrozumiałe przez możliwie dużą część społeczeństwa. Wiodące media są zazwyczaj – w normalnych, demokratycznych warunkach – dziełem elit umysłowych, ponieważ do elit umysłowych zaliczają się i dziennikarze i politycy, którzy jako urzędnicy państwowi nierzadko mediami państwowymi zarządzają.

Niemiecki dziennik telewizyjny wyraża podstawowe wartości praworządnego i demokratycznego państwa, w jakim większość z nas chciałaby żyć.

To, co robi na mnie największe wrażenie, to ideologiczny obiektywizm. To jest cała szkoła patrzenia na świat, której by po prostu nie mamy, i nie chodzi już o myślenie antydemokratyczne, jak w przypadku PiS. Z tych wiadomości bardzo trudno zorientować się, kto ma rację w sporze politycznym, przynajmniej tak długo, jak długo nie zostałem uznany za działającego przeciw konstytucji. Niemcy używają pojęcia konstytucji właściwie jak równoważnika bezpieczeństwa państwa, praworządności i demokratycznego systemu, działanie antykonstytucyjne to jest na przykład działanie prawicowych ekstremistów, zaś główna służba specjalna nazywa się służbą ochroną konstytucji. Niemcy mają zrozumiałe uczulenie na używanie tradycyjnych nazw związanych ze służbami, ale ta zmiana jest niezwykle charakterystyczna dla dojrzałego porządku demokratycznego (w takim myśleniu dla Kaczyńskiego naprawdę nie byłoby miejsca, ponieważ szacunek i akceptacja dla istniejącego porządku jest punktem wyjścia i jest minimum, jest granicą istnienia w polityce).

Sądzę, że udział poszczególnych partii w czasie antenowym jest szczegółowo pilnowany, nie wiem, czy dzielony, a jeżeli relacjonowany jest jakikolwiek spór czy konflikt, obie strony mają tyle samo czasu na wypowiedź. Mam natomiast wrażenie, że w poszczególnych kwestiach bardziej wrażliwych socjalnie partiom opozycyjnym przyznawane jest znacznie więcej czasu na stanowisko, prawdopodobnie wskutek założenia, że partie rządzące mają odpowiednią przewagę w dostępie do czasu antenowego wtedy, gdy występując jako władza polityczna a nie jako partia. Taka sytuacja, w logiczny sposób nakazuje udzielić pewnej preferencji technicznej mniejszym partiom opozycyjnym.

Tak przedstawiana rzeczywistość polityczna współczesnych Niemiec przestawia się jako rzeczywistość przeniknięta ideą kompromisu, dojrzałego porozumienia w istotnych sprawach. Wpływa to na ton stanowisk politycznych – naprawdę rzadko politycy jednoznacznie krytykują stanowisko przeciwników politycznych, na ogół przedstawiają swoje stanowisko w większym stopniu, niż zajmują się stanowiskiem innych. Do unikalnych rzadkości należy krytyka personalna czy też kłótnia. Telewizja niemiecka w swoich głównych wiadomościach rzadko zajmuje się aferami i negatywnym opisem rzeczywistości. Wiadomości trwają 15 minut i dają się bez bólu oglądać z punktu widzenia użytkowników internetu także. Rozwinięcie ważniejszych wiadomości następuje w bardziej analitycznie nastawionym programie wieczornym, a więc o mniejszej oglądalności Tagesthemen.

Jest jeszcze sporo innych niezwykłych rzeczy w tym zwykłym programie: stosunek do innych narodów, pełen zrozumienia i troski, stosunek do problemów świata –klimat i ekologia jest pierwszym tematem wielu programów (choć komuś mogło by się wydać, że to musi być potwornie nudny temat, bo to jest klasyczny temat w którym nie ma kulminacji informacji).  Wreszcie – stosunek do problemu uchodźców, tak dramatycznie różny od naszego, że po prostu wstyd mi jest, jak oglądam niemieckie starania o to, by świat uczynić lepszym.

Wyraża Tagesschau wreszcie misje edukacyjną – każda wiadomość zredagowana jest tak, żeby tworzyć obiektywny obraz świata, poprzez przytaczanie bazowych danych, gdzie leży Myanmar, iż to jest to samo co Birma czy Burma, jeżeli ktoś się przyzwyczaił, i jak wzrosła średnia wysokość czynszu za mieszkania komunalne w okresie ostatnich 10 lat w Niemczech. Wszystko z wykresami, mapkami, najważniejszymi datami historycznymi.

Patrząc na to wszystko z kosmosu najbardziej niezwykłe jest to, że kraj, w którym tak wygląda reprezentacyjny program informacyjny państwowej telewizji znajduje się tuż za naszą granicą. Berlin leży od granicy 120 kilometrów.

Ja oczywiście nie chcę nawiązywać do całej historiografii, wiadomo bowiem, że to, kim są Niemcy dzisiaj wymagało traumy wojny i cierpienia zadanego milionom niewinnych ludzi, zresztą także Niemców. Ja to wiem, tak było. Ale było. Niemcy oddają światu to, co zabrali. Nie wiem czy to jest sensowne opisywanie rzeczywistości w kategoriach rachunków, bo to prowadzi do idiotycznego zastanawiania się, czy już oddali czy jeszcze nie. Wiem natomiast że to, kim są dzisiaj Niemcy jest szansą, dla takich narodów jak Polacy. Tym większą, im więcej nieformalnych, kulturowych, geograficznych i stu jeszcze innych powiązań z Niemcami mamy. Tych podobieństw i związków jest więcej, niż jakichkolwiek różnic. Łączy nas schabowy z kapustą, kodeks handlowy i system prawny, sposób nazywania ulic i milion innych drobnych rzeczy.

W czasach słusznie minionych granicę na Odrze i Nysie nazywano granicą pokoju, oczywiście był to fałsz w tym sensie, że ani jeden ani drugi naród nie mógł wypowiadać się za siebie w sposób autonomiczny nie mógł. Dzisiaj niestety granica na Odrze i Nysie jest granicą dwóch cywilizacji politycznych i społecznych.

Na co można patrzeć oczami pesymisty i powiedzieć to jest granica (jest to podobno jedno z niewielu słów w języku niemieckim które pochodzi z języka polskiego), więc dzieli. Ale można być też optymistą, zwłaszcza w dłuższej perspektywie. Wtedy też, trochę nachalnie, mówiono o granicy na Odrze i Nysie, to jest granica które nie dzieli ale łączy.

Miejmy nadzieję.