Zaznacz stronę

Kamil Zaradkiewicz miał wysokie notowania w prawniczych kręgach uniwersyteckich Uniwersytetu Warszawskiego. U Marka Safjana doktoratu nie broni byle kto, Safjan jest w punktacji wszystkich mniej lub bardziej sensownych klasyfikacji łącznie – jeżeli coś takiego istnieje – najwybitniejszym polskim prawnikiem.

Przypadek Zaradkiewicza

W każdym razie Zaradkiewicz to inny świat, niż taka Julia Przyłębska, dla której prostacki serwilizm wobec pisowskiej władzy był jedyną szansę na tę karierę, którą we własnym powikłanym rozumieniu pojęć zrobiła. Zaradkiewicz to inny przypadek, choć może się oczywiście okazać, że skutki tego, co robi mogą być dalej idące i bardziej dramatyczne, niż tego, co robi cała ta ekipa związana z tak zwanym Trybunałem Konstytucyjnym. Bo Zaradkiewicz jest inteligentny i, w przeciwieństwie do tamtych, jest prawdziwym prawnikiem, ma na za sobą dorobek i przemyślenia. W kręgu Ziobry paru takich ludzi jest i oni są groźniejsi, niż sto Przyłębskich. Bo oprócz ślepej wierności coś jeszcze potrafią dać ponadto.

Więc właśnie, co to za przypadek, Kamil Zaradkiewicz?

Przeczytałem tekst o Zaradkiewiczu w „Gazecie Wyborczej”. Jak na „Gazetę” i jak na opcję, która jest mi bliska tekst zawiera ten jeden dwuznaczny sztych, którego w rzetelnym dziennikarstwie należy unikać, mianowicie autor z powołaniem się na wypowiedź Rzeplińskiego relacjonuje, że odjazd psychiczny Zaradkiewicza miał miejsce „po kłótni z partnerem”.

Prawdę mówiąc sądzę, że w jakiś sposób dojrzeliśmy do mówienia o homoseksualizmie w inny sposób. W przypadku Zaradkiewicza być może, cały ogląd tego co, teraz robi i jak bardzo tej antygejowskiej władzy chce się przysłużyć – co najmniej pozwoli nam więcej zrozumieć z tego świata. Oczywiście, każdy odpowiada za to, co robi i możemy zawsze powiedzieć, że motywy kurestwa są wtórne, wobec kurestwa samego. Ja tak nie uważam, zwłaszcza w takich sprawach, jak ta, gdzie czuję się odległym i pośrednim, ale współsprawcą tych motywów.

Skaza pokoleniowa

Jestem z pokolenia, które przez większość świadomego życia nie było w stanie skonfrontować się z tematem. Teraz jesteśmy otwarci, liberalni i w ogóle, noszę z upodobaniem szalik w kolorach tęczy. Ale sądzę, że moje myślenie przez dziesiątki lat na ten temat było tak fałszywe, tak chore, że w jakiś sposób przyczyniło się do takich postaw i takich nieszczęść, jak to mam miejsce w przypadku Zaradkiewicza.

W Polsce Ludowej homoseksualizm nie był nawet kwestią potępienia ze strony propagandy, gorzej, to był temat kompletnie niedostępny, zakazany, absolutne tabu. Czasem w trybie stugębnej famy dowiadywaliśmy się o wybitnych ludziach, typu Edmund Fetting czy Jerzy Waldorff, często w kontekście wyroków karnych (nie za sam homoseksualizm, ale za t.zw. prostytucję homoseksualną, przy pewnym nastroju społecznym i podejściu każdego geja można by za to skazać). Ale generalnie, temat nie istniał. Ja rozumiałem intencje tej propagandy w to jest takie paskudztwo, że lepiej o tym nie mówić.

Z punktu widzenia powszechnego obiegu świadomości na ten temat homoseksualizm funkcjonował w obiegu prywatnym jako ciężki grzech, zgodnie z doktryną Matki-Kościoła, lub jako zboczenie seksualne, zgodnie z doktryną mężów uczonych w medycynie, jak się potem okazało, nie dość uczonych. Weźcie sobie dowolną książeczką z tego czasu traktującą o zboczeniach seksualnych Cały język stworzony wokół homoseksualizmu jest skażony potępieniem i obrzydlistwem w różnych formach. Mamy tu „skłonności homoseksualne”, „upodobania seksualne”, nie mówiąc już o podstawowych pedałach, ciotach i parówach.

Niespecjalnie mnie to dziwi, bo w krajach wielokrotnie bardziej światłych, niż nasz zapyziały zaścianek, jak choć w Wielkiej Brytanii karalność homoseksualizmu zniesiono dopiero w latach sześćdziesiątych, a przygnębiająca historia Alana Turinga jest to co najmniej symboliczna. Natomiast mam przeświadczenie, że byłem jednym z setek tysięcy inteligentów, ludzi przygotowanych do rozumienia tego świata, którzy temu zadaniu rozumienia świata nie podołali. Sądzę, że już wtedy, w latach siedemdziesiątych czy osiemdziesiątych istniały źródła wiedzy i świadomości, które powinny mi co najmniej pozwolić myśleć inaczej.

Ryzyko każdego dnia

Zaradkiewicz jest dużo młodszy, ma niespełna 50 lat, ale przecież wzrastał w tej strasznej, ciężkiej atmosferze. Nawet jeżeli stopniowo wolno było już być gejem, to był to proces powolny, i wobec niektórych było wolno, a wobec innych nadal nie było wolno. I przecież nie było łatwo odróżnić jednego od drugiego, ryzyko potępienia, zaczepienia, niechęci czyhało na każdy kroku.

Moim zdaniem zresztą, nadal czyha. Co najwyżej ludzie tacy, jak Zaradkiewicz nauczyli się, dzięki inteligencji, jak to ryzyko rozpoznawać i z całą pewnością potrafią też budować swój krąg najbliższych z udziałem takich, którzy dają prawo do każdej miłości w sensownym związku. Pytanie, jak to się stało, że Zaradkiewicz stara się znaleźć takie osoby w kręgu najbardziej antygejowskiej, zamkniętej, pełnej uczuleń i niechęci do odmienności władzy – jest oczywiście dobrym pytaniem, na które być może można odpowiedzieć wychodząc poza klasyczny syndrom sztokholmski.

Nie mniej, gdy wchodzę w głowę Zaradkiewicza to sądzę, że bardzo łatwo zbudować sobie – w świetle doświadczeń jego własnych, zebranych zwłaszcza w okresie formacyjnym, czyli w latach – dla Zaradkiewicza – osiemdziesiątych – kiedy sytuacja gejów wyglądała naprawdę bardzo źle, wiedzę o stanie jego duszy. I sądzę, że wraz z poczuciem własnego znaczenia i własnych osiągnięć – a Zaradkiewicz miał do niego prawo – pojawia się jednocześnie podejrzenie, że świat może dlatego nie dość mnie premiuje, bo jestem gejem. Bo to jest ten sam świat, w którym awansowanie homoseksualisty jawi się jako ryzyko dla tego, kto za tym awansem stoi. A może też problemem reputacyjnym, dla całej instytucji. Zwłaszcza, wobec perwersyjnej roli Kościoła katolickiego w kwestii budowania tej podejrzliwości. Co więcej, może to być wyobrażenie, powidok w głowie Zaradkiewicza, ale też może być, po części większej lub w całości – realny problem i przyczyna.

Z punktu widzenia niedemokratycznej, autorytarnej władzy takie osoby są na wagę złota. Ich niechęć do udziału w ogólnym przetargu szczęścia i sukcesu czyni ich naturalnymi, wiernymi do skrajności, uzależnionymi żołnierzami systemu. Choćby dlatego, że tacy ludzie w świetle własnej wizji świata nie mają gdzie uciec. I zapewne – myślą o swoich zleceniodawcach w gruncie rzeczy to samo co my, albo jeszcze gorzej (o ile to możliwe), ale nie mają wyboru. Nie mają wariantu. Bo tamta, liberalna czy lewacka, europejska strona nie tylko nie rozdaje teraz stanowisk, ale też nie istnieje jako zorganizowana siła, z którą można się związać i utożsamić. Ta strona jest rozmyta i, takie jest zapewne doświadczenie Zaradkiewicza, do bólu kompromisowa. Bo waży mnóstwo interesów, szuka zrozumienia katolickiej większości i zawsze będzie skłonna poświęcić geja, choćby był wybitnym prawnikiem i wybitnym człowiekiem. Także dlatego, że prawnik, bardziej niż polityk, jest zawodem instytucjonalnie skrajnie zależnym.

Prosta transakcja

Zaś pisowcy – oni są zrozumiali. Oni chcą władzy a nie szczęścia wszystkich wokół, wolności i empatii. Dla geja wolność jest tyleż szansą co zagrożeniem. Dużo lepsza jest jednoznaczność zadania i gratyfikacji za to zadanie. Ryzyko, że ktoś sobie przypomni o tym, że jestem gejem, nie istnieje, bo wszyscy to wiedzą. I potrzebują ode mnie zadania, a nie mądrości czy idei.

Oczywiście, istnieje drugi wariant oporu przed tym ciężarem, ryzykiem i potępieniem. To jest wariant Biedronia. Prowadzi on w stronę cokolwiek narcystyczną, nie mniej jednak jest to wariant dostępny tylko taki szalonym, pełnym, mocnym a jednocześnie właśnie samozadowolonym postaciom, jak Robert Biedroń, więc powiedzmy, wariant słabo dostępny.

Moi znajomi geje pouciekali z Polski. Do Sydney, San Francisco, Paryża czy nawet Aleksandrii w Egipcie. Być może to oznacza, że wszędzie jest gejom lepiej, niż w Polsce, że poziom tradycyjnych uprzedzeń, niechęci do mniejszości jakiegokolwiek rodzaju jest naszym narodowym godłem i naszym narodowym przekleństwem. Polska to nie jest kraj dla pedałów, żydów i murzynów. Nigdy nie był i dalej nie jest. Być może to jest historycznie do wyjaśnienia, bo w tej sposób broniliśmy swojej zagrożonej tożsamości, pocieszmy się. Dzisiaj PiS odwołuje się do tych resentymentów tak, jakby zagrożenie tożsamości narodowej istniało lub nawet, jakby miało to samo znaczenie, co sto lat temu i dalej wstecz.

Prawnik, choćby nie wiem jak kompetentny, nie ma gdzie uciec. To bardzo lokalny zawód. Nawet ten wykonywany na najwyższym poziomie. I teraz się okazuje, że prawnik, żeby zrobić karierę sądową, odegrać rolę ma w coraz większym stopniu tę jedną jedyną drogę, związać się z władzą. Ale to jest problem ogólny. Problem prawnika-homoseksualisty idzie o wiele dalej. Sprowadza się on do strachu przed niewiadomym i nieprzewidywalnym, przed tym, że w każdym momencie ktoś kiedyś może mi „to” wyciągnąć, a może nawet nie powie, ale ja będę wiedział, o co mu chodzi.

Więc lepiej już nie pytać o to, kto jaki jest i dlaczego, lepiej zaciągnąć się do armii, czekać na rozkazy i wykonać je lepiej, niż ktokolwiek inny.