Zaznacz stronę

Liverpool to miłość mojego życia, taka sama mniej więcej, jak Leonard Cohen, Beatlesi czy Mark Knopfler. Klub piłkarski i artystów lokuję w tym samym miejscu mojej duszy, to jest takie miejsce, gdzie wszystko mnie interesuje, wszystko jest bliskie i dobrze się kojarzy. Przestrzeń miłości i sentymentu.

Liverpool właśnie wygrał ligę mistrzów, co teoretycznie oznacza, że jest najlepszą drużyną w Europie. Nie jestem wcale pewien czy ten unikalny sukces nie stoi na przeszkodzie mojej miłości do Liverpoolu, bo w sumie w ogóle nie jestem nauczony wygrywania przez mój ukochany klub. Ostatnią prawdziwą falę wygrywania Liverpool przeżywał 30 lat temu, ten czasy pamiętam jak przez mgłę – futbolu angielskiego nie było w telewizji, pokazywali co najwyżej finały pucharów europejskich a Liverpool, choć miał pod koniec lat 80-tych bodaj najlepszą drużynę w historii ale w Europie nie grał, wskutek wydarzeń na Heysel w 1984 roku.

Potem, przez minionych 30 lat właściwie głównie przegrywaliśmy z jednym szlachetnym wyjątkiem, jakim było wygranie Ligi Mistrzów w 2005 roku, no może jeszcze finał Ligi Mistrzów w 2007. Te dwa wyniki z trudem dają się wytłumaczyć codzienną klasą tej drużyny. W końcu był taki moment, w roku 2010, kiedy klub dostał się w łapy kombinatorów lub może oszustów (którzy kupili klub poprzez transakcję lewarowaną – w piłce nożnej takie transakcje nie mogą się udać). Pamiętam, że latem 2010 roku mieliśmy budżet transferowy wynoszący 3,5 miliona funtów, kupiliśmy piłkarza, nazywał się Poulsen, i podawał piłkę najwyżej na 7 metrów, dalej podawać się bał. I te 3,5 miliona Sevilla rozłożyła nam na dwie raty, bo inaczej byśmy go nie kupili.

Mniejsza z tym, pomimo doraźnych wzlotów głównie przeżywaliśmy upadki, nawet od czasu, gdy klub przejęli obecni właściciele, czyli funduszu FSG, to było bodaj w 2011 roku. Oni byli pełni najlepszych intencji, tylko nie znali się na futbolu. Zresztą – kto się zna na futbolu, tak naprawdę?

Zatrudnienie Kloppa w tym sensie było oczywistym wyborem. Podejrzewam, że prawie każdy klub nie tylko teraz, ale już wtedy, w 2015 roku wiedział, że nawet jeżeli masz dużo pieniędzy kluczem do wygrywania jest trener.

Systematyczność wzrostu od tego momentu jest nadzwyczajna, może nawet bardziej niż niemiecka. Tacy kibole jak ja, który nauczyli się głównie mieć nadzieję – w tej chwili niekoniecznie wiedzą, co w tej sytuacji mają ze sobą zrobić. Bo przegrywanie i nadzieja na sukces są dużo bardziej sentymentalne i subtelne, niż wygrywanie.

Przegrywanie pozwala na fantazje, na marzenia i plany. Wygrywanie – takie wygrywanie, jakiego doświadcza Liverpool od momentu, gdy kupił van Dijka i Beckera – jest wręcz niepokojące, ponieważ przed każdym następnym meczem obawiasz się coraz bardziej, że to wygrywanie się zaraz skończy. Wygrywanie jest czymś w rodzaju obowiązku, więc nie jest przygodą, szansą czy nadzieją, jest obowiązkiem podszytym strachem i obawą.

Muszą przyznać, że sam jestem tym zaskoczony, cieszę się, że wygraliśmy, ale to, co zrobił w ostatnim sezonie Liverpool jest o wiele bardziej fizyczne, twarde, komercyjne, konkretne.

Tylko racjonalne myślenie prowadzi mnie do wniosku, że moje przemyślenia są głupie i że raczej powinienem popracować nad sobą, żeby swój mózg z nich oczyścić. Kocham Liverpool czy wygrywa, czy przegrywa, ale zdaje mi się, że łatwiej o miłość wtedy, gdy się przegrywa.

Dobrze, że moja zawiła dusza potrafi przyzwoicie i uczciwie odróżnić te zawiłości, niewiele to pomaga, ale zawsze trochę. Wiele więcej wygrać mój klub już nie może, no, a może po prostu moja kibicowska dusza znajdzie w tym ten sam smak w sprzyjaniu wielkiej drużyny, która wszystko potrafi wygrać. Za dwa miesiące pierwsze mecze.