Zaznacz stronę

Wiele lat temu doszedłem do przekonania, że jednym z najdonioślejszych właściwości człowieka jest możliwość zmiany tego, kim jest. Jest to oczywiście bardzo trudne, jak się w praktyce okazuje, radykalna zmiana tego, kim się jest prawie nigdy nie jest możliwa, nie mniej jednak ogromny potencjał tkwi nawet w małej zmianie, takiej pięcioprocentowej.
W szkole średniej, a zwłaszcza na studiach czyli niemal pół wieku temu, opisywaliśmy, raczej bezwiednie, taką właśnie najbardziej ludzką opcję bycia kimś innych tekstem, który stał się sławny, choć może tylko w naszym wąskim gronie. Mówiliśmy „Zapuszczam brodę i zaczynam nowe życie”. Kolejnym wariantem opisującym życiową metamorfozę było zaś stwierdzenie „Golę brodę i zaczynam nowe życie”. Tak czy inaczej, w każdym z omawianym przypadku chodziło o to, żeby się zmienić, w domyśle – zmienić na lepsze.
Ta idea życiowej metamorfozy prześladuje mnie przez całe życie, wynika ona oczywiście z tęsknoty za jakimś wzorcem, pomysłem, ideą „lepszości”. Z punktu widzenia tak bliskiego mi buddyzmu pozornie rzecz ujmując, jest to idea szkodliwa, jeżeli przyjąć upraszczająco, że ideą buddyzmu jest pogodzenie się z samym sobą. Jest to jednak interpretacja buddyzmu skrajnie naiwna i uproszczona, bo w buddyzmie jest równie silne przesłanie mające na celu uczynienia świata lepszym.
Wyciągając więc wnioski z różnych zdarzeń, zwłaszcza z niepowodzeń ale także korzystając jak tylko to możliwe z refleksji innych mądrych ludzi cały czas stoimy przed szansą, by pójść zupełnie nową ścieżką życiową.
W tym kontekście moje osobiste zielone nawrócenie jest jednym z najważniejszych „metamorfozoidalnych” wyzwoleń, jakie kiedykolwiek mi się zdarzyły. W takich stanach, kiedy wola i potrzeba zmiany siebie samego jest tak silna równie silne jest moje zdumienie, że przychodząca z taką oczywistością refleksja na temat potrzeby zmiany siebie samego i własnych przekonań przychodzi tak późno, zdumienie, że nie była ona w najmniejszym stopniu przedmiotem mojej wstępnej choćby refleksji dawno, dawno temu.
Chodzi mi przede wszystkim o zwierzęta i ich krzywdę.
Dzisiaj jestem zdumiony sam sobą, jak to się stało, że przez kilkadziesiąt lat życia nie przyszła do mnie refleksja na temat krzywdy, jakie zadajemy zwierzętom? I jak szkodliwi jesteśmy, my, sapiensi, w ogólności dla planety?
Wszystko co powiem na ten temat może i powinno być użyte przeciwko mnie. Jedyne uzasadnienie i jedyny pożytek z tego, co tu piszę może być w tym, że, być może, ułatwię tę przemianę innym ludziom.
O zwierzętach nie myślałem nigdy, ich śmierć na użytek człowieka traktowałem jako oczywistość. Kiedyś jako młody dziennikarz zwiedzałem dopiero co otwartą, na licencji amerykańskiej bardzo nowoczesną fabrykę rozbioru drobiu. Zrobiło to na mnie niejakie wrażenie, ale raczej, powiedziałbym, w planie poznawczym, nie zaś humanistycznym. Ptaki były przerabiane z wyjątkową precyzją i dokładnością. Pamiętam jak dziś jeden z elementów taśmy, którym był taki specjalny haczyk, który coś im tam ze środka wyrywał.
Kurczaki wjeżdżały na taśmę żywe, ich uśmiercenie należało wprost do procesu produkcyjnego.
Od tego czasu minęło kilkadziesiąt lat. Odchodzenie od stanu pierwotnego, od stanu dzikości i drapieżności jest zapewne rzetelną miarą naszego postępu cywilizacyjnego. Powstało sporo sensownej literatury, buduje się nowa świadomość. Zwierzęta, które hodujemy i zabijamy są w gruncie rzeczy podobne do nas, w sensie systematyki darwinowskiej, to nie są jakieś owady czy bakterie. Tylko człowiek zupełnie pozbawiony wyobraźni nie rozumie, że krowa czy świnia wie, że ma być zabita i przeżywa na tym tle cierpnie. Podobnie jak przeżywa mama krowa czy mama świnia, gdy jej zabierają do ubojni jej dzieci.
Podobnie – nic nie wskazuje na to, by mięso było szczególnie zdrowe. Małpy, nasze najbliższe gatunkowe rodzeństwo niekoniecznie jedzą mięso, wiele wspaniałych zwierząt bliskim nam rozwojowo bez mięsa się obywa. To jest kwestia wyboru przede wszystkim.
Nie ma sensu tu o tym mówić, podobnie jak o spustoszeniu klimatycznym powodowanym przez produkcję mięsa, bo ja nie o tym chciałem mówić.
Gdy wykładam moje świeżo zbudowane poglądy ludziom wrażliwym, jedzącym „normalnie” , jak wszyscy, mięso, obserwuję ciekawą reakcję. Na ogół nie mówią oni – jem mięso, nie mogę się bez niego obyć, lubię mięso. Oni, czyli my wszyscy, jako ludzie, na ogół wiemy, że coś tu jest nie w porządku. Ludzie wrażliwi na ogół nie głoszą ideologii zabijania zwierząt. Są raczej nauczeni, przyzwyczajeni i często jak ja, nie zdążyli się wcześniej zastanowić się nad tym, tak jak mi się wcześniej, przez kilkadziesiąt lat, to nie udało.
Od strony moralnej rzecz cała jest niewątpliwa. Zabijanie zwierząt nie da się obronić, tak jak nie da się obronić niewolnictwo czy kara śmierci. To wszystko jest w gruncie rzeczy ten sam nurt myślenia, który sprowadza się do zrozumienia sensu naszego istnienia na Ziemi.
Chodzi raczej o to, czy stworzymy sobie szansę bycia lepszymi.