Zaznacz stronę

Najbardziej wymarłe są miasta biuralistów, korporacjonistów, urzędników. Duże miasta. Spędziłem  ostatnio dzień w Łodzi, w tym na dworcu Fabrycznym. Było jako po eksperymentalnym wybuchu bomby neutronowej (kto pamięta o takiej bombie?). Łącznie z tym, że zabiło kiosk z gazetami i hamburgerownię.

Warszawa, Kraków, Poznań to wymarłe miasta. Ludzie pracują to w tak zwanym home office. Niektórzy pracują naprawdę. Wszyscy zaś naprawdę siedzą w domu. Małe miasta nie są takie wymarłe, bo tam nie ma home office’u. Co z tego wyniknie dla gospodarki pewnie nikt nie wie – to znaczy jakie znaczenie ma praca biuralistów dla gospodarki, tudzież brak pracy, tudzież praca w home office’ie (jak to się pisze z tym apostrofem, kto mi powie?).

A mnie się zdaje że praca biuralistów, nasza praca, została w pewien sposób zdemaskowana. Jako niepotrzebna. Lub jako nie tak bardzo potrzebna, jak staramy się udawać, że jest.

Oczywiście, wiem, że niektórzy biuraliści pracują teraz nawet więcej, niż w czasach przed zarazą. Wynika to jednak z tego moim zdaniem, że systemy i zasady tej pracy są niedojrzałe. Konfkole ciągną się jak flaki z olejem, bez żadnego wyraźnego powodu, a biuraliści, jak to biuraliści, nauczyli się jak mało kto pozorować, że pracują i że ta praca jest bardzo potrzebna. Czasami mam wrażenie, że konfkole, w których uczestniczy sześć czy osiem osób, trwające godzinę lub półtorej zastąpiły dwuminutowe interakcje między niektórymi tylko z  tych osób.  Do tego dochodzi brak umiejętności używania programów do transmisji danych, lub też – pewne niedoskonałości tych programów, które wkrótce zostaną usunięte.

Ale, jakby to wszystko zmierzyć i zważyć to i tak okaże się, że ogromna część pracy biurowej jest po prostu niepotrzebna. Wynika z tradycji, przyzwyczajenia czy przyjemności. Rano w biurze jest kawka czy herbatka, sprawdzić internet i pocztę, przedtem w domu, trzeba się wymalować albo dobrać krawat i wypucować buty. Potem jedziemy do pracy godzinę, trochę mniej albo trochę więcej. Czynności okołopracowe zajmują w dużym mieście kilka godzin, może trzy, może cztery, zależy kto gdzie mieszka i jakie są wobec niego w pracy wymagania. Tak czy inaczej, tych parę godzin stanowi czysty uzysk tego systemu pracy.

Drugi uzysk, przynajmniej perspektywa uzysku, to inny poziom koncentracji czy efektywności w wielu zawodach. Biuraliści w home office’ie mogą narzekać na chodzących im po głowach małolatów, ale uważam, że to i tak bardzo niewielka strata czasu i koncentracji w porównaniu z tym, co się dzieje w wielu biurach w ramach normalnej marszruty. Wszyscy od wszystkich mogą coś chcieć, wparować „tylko na chwilę” w dowolnym momencie. W wielu przypadkach oznacza to, że wykonanie zadania na które potrzeba więcej niż 20  minut jest możliwe tylko albo bardzo rano, albo po południu. Albo wymaga popsucia sobie relacji wskutek pogonienia natrętów. Albo – no właśnie, albo przeniesienia pracy do domu. Co do zaś tych przeszkadzaczy w warunkach domowych – to warto też last but not least wziąć pod uwagę i to, jak bardzo poprawiły się warunki mieszkaniowe biuralistów ciągu ostatnich 20 lat.

Jeżeli mój obraz pracy w biurze korpo czy firmie doradczej nie jest nadmiernie zafałszowany to jednym z efektów zarazy z całą pewnością powinno być spojrzenie po nowemu na cały sens funkcjonowania biura w dotychczasowej postaci. Biura także w sensie pomieszczenia – zwykle bardzo drogiego, stanowiącego istotną część kosztów stałych firmy. W biurach, w których pracują zwykle mocno wymagający, dobrze zarabiający pracownicy, których status społecznych jest w pewnym perwersyjnym sensie kształtowany w ten właśnie sposób, że pracują w biurze.

Paru znajomych managerów HR i szefów firm doskonale zdaje sobie z tego sprawę od lat. Znaczną część pracy biurowej można wykonać w domu, ograniczając w ten sposób wszelkie możliwe koszty.  W gruncie rzeczy za najważniejszy powód utrzymywania biura w dotychczasowej postaci uważają oni elementarną kontrolę nad pracownikami, której drugą stroną jest – jakże by inaczej – brak zaufania co do rzetelności pracowników, czyli brak wiary w to, że w domu byliby pracowali.

Ten rachunek zysków i strat z całą pewnością jest nie taki sam, bardzo zależy od branży, indywidualnej kultury poszczególnej firmy czy też sposobu myślenia o biznesie. Zasadniczą kwestią jest i będzie wymierność produktu dostarczanego przez biuralistę. No, bo właściwie, dlaczego produkt biuralisty ma nie być wymierny?

Nie wątpię, że taki rachunek w wielu firmach zostanie przeprowadzony zwłaszcza, że firmy na razie sprzedawać będą mniej, a nie więcej.