Zaznacz stronę

Od całkiem dawna dręczy mnie kwestia, czy istnieje obiektywne zjawisko które można by nazwać jakością człowieka, jakością ludzką. Dotyczy to zwłaszcza ocen formułowanych na gruncie polityki czy życia społecznego, bo w tak zwanym życiu niewątpliwie taką koncepcją operujemy, jest ona nam niezbędna – czy zatem jesteśmy w stanie operować konceptem jakości ludzkiej w oderwaniu do naszych własnych poglądów, przekonań czy też, powiedziałbym, obowiązków wobec siebie samego i naszych wyobrażeń na temat – co powinniśmy uważać.
Klasyczny przykład z mojej pamięci to wybory prezydenckiej w 95 roku, czyli wybór między Wałęsą a Kwaśniewskim. Oczywiście, miałem być za Wałęsą, z podziemną przeszłością i wiarą w nowe czasy, demokrację, kapitalizm i tak dalej – jak tu głosować na byłego działacza partyjnej młodzieżówki, sekretarza KC z końcówki PRLu? Było dla mnie jasne, że Wałęsa, bohater rewolucji, zupełnie nie nadaje się na prezydenta, że brnie w jakieś mętne afery, otacza się mętnymi ludźmi (na początku był wśród nich oczywiście Jarosław Kaczyński), cokolwiek by o nim nie powiedzieć – lepiej by było, gdyby dał sobie spokój i prezydentem nie był (nawiasem mówiąc, ten urząd został wymyślony pod kątem Wałęsy i to nieszczęście ciągnie się za nami do tej pory). W gruncie rzeczy uważałem – niech sobie Wałęsa zostanie pomnikiem, bo powinien nim być. Ale Kwaśniewski – którego zresztą znałem osobiście z czasów dziennikarstwa sportowego – to urodzony prezydent, nie tylko człowiek inteligentny, ale mądry.
Miałem obowiązek głosować na Wałęsę i głosowałem, choć wiedziałem, że nie ma to wielkiego sensu.
Takich splotów jest w naszym myśleniu, lub raczej w naszym życiu dużo, dlatego po paru takich trudniejszych doświadczeniach staram się wrócić do korzeni naturalnego, nie tak pragmatycznego czy poskręcanego myślenia o ludziach. Przyjmuję zasadę – o ile nie zostanie ona podważona wskutek pewnych, niebudzących wątpliwości dowodów – że jest tak, jak mi się wydaje. Jeżeli kto wydaje mi się człowiekiem mądrym, widać po nich wykształcenie, ogładę, klasę, wygląda przyjaźnie, rozumie swoich rozmówców i udziela im rzetelnych, przemyślanych odpowiedzi – to nie staram się szukać żadnego drugiego dna. Takich ludzi którym bym bezgranicznie zaufał jest teraz stosunkowo mało, ale może to być związane z faktem, że wszyscy staliśmy się jak diabli podejrzliwi.
Mam takie szczegółowe kryterium jakości ludzkiej – przy czym ja tu rzecz jasna mówię o ludziach publicznych i o tym, jaki jest ich publicznych obraz, choć sądzę, że w 9 przypadkach na 10 – w to też wierzę – są oni tacy sami również całkiem prywatnie. Otóż jakość zaczyna się dla mnie od momentu, kiedy słucham mówcę bez podejmowania we własnych myślach koniecznej próby polemizowania z nim, podważania czy krytyki. Po prostu słuchanie tego, co ów mówca wygłasza w zupełności mi wystarcza, po prostu słucham i chcę wiedzieć, co ma do powiedzenia. Nie mam żadnej potrzeby mieć własnego zdania na temat przez ową szczególną postać omawiany. Wierzę mu i chcę wierzyć. I dowiedzieć się jak najwięcej.
Pamiętam w przeszłości klasyczną postacią tego rodzaju był dla mnie Tadeusz Mazowiecki, także Jacek Kuroń. Słuchając ich po prostu nie potrzebowałem mieć własnego zdania. Dzisiaj klasycznym przypadkiem tej doniosłości i jakości wśród polskich (nie powiem – krajowych) polityków jest dla mnie Donald Tusk. Po prostu ciekaw jestem co ma mi do przekazania i zakładam, że warto tego się dowiedzieć, przyswoić, przemyśleć. Nie zamierzam się do tego – nawet w ramach własnych przemyśleń – odnosić, po prostu biorę to do wiadomości. Mam też nieskrywaną fascynację w słuchaniu Radka Sikorskiego i bardzo żałuję, że nie aspiruje on do topowych pozycji politycznych. Może jeszcze będzie.
Po drugiej stronie jest we współczesnej polityce cała menażeria osobników, po których widać powierzchowność, niedouczenie i to nerwicowe skoncentrowanie na tym, żeby zaistnieć, zrobić wrażenie. Nie chodzi im o to, by powiedzieć, przekazać, podzielić się wiedzą. Gdy patrzę na takiego Donalda Trumpa, jest mi po prostu zwyczajnie przykro, jest mi żal – żal tego świata, żal Ameryki i żal mnie samego, który chciałby wierzyć w amerykańskiego prezydenta. Tak jak wierzyłem w Obamę czy nawet Reagana (choć wtedy do Ameryki i do Reagana było z Polski dużo dalej, więc nie wiem co bym teraz o nim uważał). Trump mówi prymitywnym językiem, używa banalnych metafor, nie ma nic do powiedzenia na żaden temat, który jego bezpośrednio nie dotyczy. Nie jestem pewien, czy przeczytał od początku do końca jakąkolwiek poważną książkę, nie mówiąc o „Czarodziejskiej Górze” czy choćby „Na wschód od Edenu”.
W każdym geście i spojrzeniu, w nadętych pozach, upokarzającym traktowaniu rozmówców, w rękach obłapiających tyłek Melanii – zdaje mi się być człowiekiem niskiej jakości. Nawet bez potrzeby porównywania go z Barackiem Obamą.
Używam tu Trumpa jako przykładu niemal symbolicznego dla problemu, niestety krajowych przykładów jest mnóstwo, każdy mógłby sobie ich sporo dopowiedzieć (dla mnie motylem na szpilce w gablocie dziwów natury jest tu Kuchciński który sam z siebie i wraz ze swoim kilkuset tysięcznym elektoratem stanowi wymowny przykład w którym miejscu jest nasza niedorozwinięta demokracja czy też po prostu rzeczywistość polityczna w ogólności). To pojęcie jakości ludzkiej, które usiłuję wprowadzić jako kryterium odróżniania polityków jest z całą pewnością możliwe do wykorzystania od momentu, gdy zastanawiamy się, komu tak naprawdę dajemy władzę w następstwie demokratycznych wyborów.
Czy zatem ważniejsze jest to, co nam poszczególny polityk mówi czy obiecuje, czy też co najmniej równie ważne jest to, kim jest? Rzecz jasna, kryterium jakości ludzkiej nigdy nie będzie funkcjonować samoistnie. Jakość ludzka w tym przypadku to według mnie wiedza, mądrość ale także wrażliwość, otwartość, zrozumienie. Takie podstawowe cechy ludzkie, które w życiu codziennym uważamy za dobre i potrzebne. (Nie uważamy – wobec innych – za potrzebne cechy sprytu, przebiegłości, cwaniactwa czy bezwzględności.) Paradoks polega jednak na tym, że rozkład tak rozumianych cech ludzkiej jakości jest względnie nieregularny.
Nurty populistyczne, nawołujące do niechęci do innych, straszące zagrożeniem mniejszościami, nacjonalistyczne, dążące do wzmocnienia represyjnych instytucji kosztem wolności jednostek, manipulujące ludzkimi uprzedzeniami i ludzką głupotą – i tak dalej, otóż zwykle nurty te mają wśród eksponentów ludzi odgrywających skrywaną, utrudniającą jasność i szczerość komunikatu rolę, mówiących banalnym językiem, po których widać nierzadko zwyczajne braki w wykształceniu, nieznajomość kultury własnej i obcej, nieznajomość świata.
Jest jedna właściwość bardzo silnie i jednoznacznie odróżniająca te dwa światy – świat jakości i świat pozbawiony jakości. Otóż świat jakości odwołuje się częściej do języka wartości, czyli języka pojęć abstrakcyjnych humanistycznych, takich, które zbudowały zachodnią cywilizację. Świat zaś pozbawiony jakości nie używa języka wartości lecz używa języka interesu. Języka wartości nie używa, bo go nie zna i w niego nie wierzy.
Moje wnioski idą całkiem daleko. Statystycznie, jak sądzę, jakość ludzką widać po twarzy, sylwetce, sposobie mówienia. Nie zamierzam twierdzić, że Lombroso miał rację, choć sam jestem ciekaw, jakby wyglądała współczesna weryfikacja jego sławnej teorii (Mój przyjaciel w czasach PRLu wycinał sobie poszczególne twarze z Trybuny Ludu i wieszał nad biurkiem). Przyszło mi to do głowy, gdy oglądałem ślubowanie posłów. Między posłami poszczególnych ugrupowań widać było perwersyjnie powtarzalne różnice, powiedzmy, wyglądu i wszystkiego innego, co można dostrzec w związku z tak krótkim oświadczeniem, jak ślubowanie.
Zgadnijcie którzy posłowie jak wyglądali?