Zaznacz stronę

Pierwszy raz taka myśl mi przeszła przez głowę w dniu, który w pewnym sensie, to znaczy w sensie publicznych zdarzeń wpływających na moje życie, uważam za najważniejszy, to znaczy w dniu 1 maja 2004 roku. Od momentu upadku komunizmu oczywiście miałem nadzieję, na różne rzeczy, ale i tak nie wierzyłem, by Polska mogła wejść do Unii za mojego życia. NATO, to też mnie zaskoczyło, ale wtedy myślałem, że Amerykanie po prostu potrzebują przedmurza czy też takiego większego pasa granicznego.

Nie wierzyłem, w pewnym sensie nadal nie wierzę. Ale to zdarzenie, akcesja do Unii, wyzwoliła we mnie tę podstawową refleksję na temat suwerenności. To wtedy właśnie pomyślałem sobie – dobrze, że ktoś od nas bierze te suwerenność, bo nas, Polaków, tak do końca na nią nie stać.

Dzisiaj każdy prawicowiec, narodowiec, kompleksowiec, nieudacznik powołuje się na suwerenność, jako aksjomat, punkt oparcia programu, wartość samą w sobie. Tak, jak gdyby był rok 1795 albo rok 1939 i wszyscy dybali na naszą ojczyznę, lub nawet Ojczyznę. W tym systemie wartości który, obawiam się, też kiedyś wyznawałem, suwerenność jawi się jako cel naszego istnienia, zaś ograniczenie czy oddanie suwerenności jawi się jako zdrada.

Więc ja właśnie uprzejmie zawiadmiam, że w tym znaczeniu słowa jestem zdrajcą.

To mi przyszło do głowy ostatnio, gdy słuchałem Krzysztofa Bosaka. Bosak jest uroczym chłopakiem, inteligentnym jak diabli, właściwie to jest ten przypadek, gdy słuchanie poglądów z którymi się kompletnie nie zgadzam sprawia mi nawet pewną przyjemność. Nawet, jeżeli tym bardziej się nie zgadzam i bardziej słucham. Bo tu właściwie nie ma sporu między nami, to są rzeczy nie do pogodzenia. Tak, jak poglądy na aborcją czy parę innych rzeczy. Jeżeli ktoś przyjmuje, że sensem naszego, Polaków, politycznego istnienia, jest suwerenność rozumiana jako całkowita, czy prawie całkowita autonomiczność podejmowania decyzji co do spraw publicznych, to ja na to mówię, że mam zupełnie inny pogląd i nie widzę specjalnie sposobu, żeby kogokolwiek przekonać.

Bo z tą suwerennością właśnie tak sobie radziliśmy. Najpierw były zabory, potem były powstania przez co były jeszcze bardziej zabory, potem był zamach majowy, Powstanie Warszawskie. O komunizm nie mam pretensji do suwerenności, ponieważ zostaliśmy jako naród złamani przez wojnę, okupowani przez Sowietów, więc niewiele mieliśmy do powiedzenia. Nie mniej jednak zdaje mi się, że w tym naszym losie historycznym suwerenność, przewrotnie rozumiana, ale cały czas obecna, była często przekleństwem i przyczyną naszych nieszczęść. Właśnie to, że nie uczestniczyliśmy w światowym podziale myśli, byliśmy na marginesie, zamykaliśmy się we własnej megalomanii. Polska Mesjaszem narodów i tak dalej.

Historycznie rzecz ujmując, by może, świat był wtedy taki, że nawet gdybyśmy lepiej sobą rządzili, to by nam to nie pomogło. Nie mniej – teraz jest inny czas. Od 75 lat nie ma w Europie wojen (nie licząc wojny suwerennych państw byłej Jugosławii). Tradycyjnie wrogie sobie państwa kooperują bliżej, niż kiedykolwiek. Skutkuje to przenikaniem idei i wymianą najlepszych doświadczeń.

Weźmy choćby takie prawo unijne. Ono zazwyczaj jest duże lepsze od naszego. Niekoniecznie dlatego, że jesteśmy głupsi, tylko dlatego, że to prawo jest kumulacją doświadczeń intelektualnych najlepiej wykształconych, najbardziej twórczych narodów na świecie. Jakim sposobem mielibyśmy wymyślić takie rozwiązania sami.

To jest tak jak z komputerem, iphone’m, corianem, hybrydą. Ktoś wymyślił (prawie zawsze Amerykanie), my kupujemy, mamy, używamy, działa. Dlaczego by tak nie miało być z prawem, systemem edukacji, podatkami i tysiącem innych rzeczy, które w magiczno-polityczny sposób należą do sfery tak zwanej suwerenności, co prawdopodobnie oznacza, że politycy, a zwłaszcza politycy PiSu chcą te rzeczy nam organizować po swojemu.

To ja takiej suwerenności nie chcę. Oczywiście ptaka i dwa kolory, jak pisał Michnik, szanuję i uważam, Polska jest krajem w sferze symbolicznej bardzo ciepłym, by nie powiedzieć unikalnym, co wynika w zasadniczej mierze ze wspólnych cierpień i martyrologii. Niech sobie ta przestrzeń symboliczna zostanie sferą suwerenności. Ale cała sfera organizacyjna społeczeństwa jest w gruncie rzeczy na tyle spragmatyzowana, cała cywilizacja na tyle zunifikowana, że w tych sferach znacznie lepiej nie być suwerennym, przynajmniej – intelektualnie suwerennym. Biedniejszych krajów nie stać na wymyślanie wszystkiego po swojemu, tym bardziej, że inni wymyślili dawno temu i lepiej.

To wszystko mi przychodzi a propos rozważać na temat Brexitu i Wypierpolu, stosunku Polaków i stosunku ich politycznych reprezentantów do Unii. Moje hasło polityczne jest proste, im więcej Unii w Polsce, tym lepiej dla Polski.

Zabierzcie ode mnie w cholerę tę suwerenność.